Światła, kamera, akcja!

W poprzednim odcinku:

Koszmar z 34 ulicy. Historia z życia wzięta.

screenshot_2017-03-19-18-24-55

Pół godziny przed rozpoczęciem show wchodzę do charakteryzatorni. Do pomieszczenia utylizacji niedoskonałości.

Wita mnie  Leonardoalternatywna wersja renesansowej gwiazdy malarstwa. (Nie myl z wojowniczym żółwiem ninja, który nosił identyczne imię.) Leo zadaje standardowe pytanie.

– Jaki makijaż?

Przy okazji dodaje:

– Widzę, że tym razem czeka mnie nie lada wyzwanie. Proponuję dość wyrazisty.

– Proszę się nie wygłupiać. Nie jestem żadnym modelem od Kelvina Kleina. Nie szykuję się na wybieg, ale do programu telewizyjnego.

Po chwili trwającej tyle, ile zajmuje spacyfikowanie papierosa, otwieram oczy i konfrontuję rzeczywistość w lustrze. Widzę przed sobą zombie. Jak w World War Z. Myślę, że właśnie upodobniłem się do Connie Stallone, matki Sylvestra.

Jeśli nie miałeś/miałaś zaszczytu zobaczyć 90- letniej rodzicielki Johna Rambo, to uczciwie Cię informuję, że jej widok z jakimkolwiek zaszczytem nie ma nic wspólnego.

Potem zazwyczaj ludzie z działu upiększania spryskują delikwentowi włosy lakierem, by wyglądem upodobnił się do Clarka Kenta, niezbyt zakamuflowanego Super Mana. (Nie dotyczy łysych.)

Dotarło do mnie, że dałem się wmanewrować w proces wydelikacenia. Jak Romeo, który umierał z poezją na ustach. John Wayne zapewne przewraca się w grobie. Może ożyje i nafaszeruje mnie ołowiem… Ewentualnie Strażnik Teksasu pośle w moim kierunku kopniaka z wirującej pięty. Cios, dzięki któremu wyswobodził się ze śmiertelnego uścisku amazońskiej anakondy. Cały Chuck.


Udaję się następnie do studia, gdzie technicy upodabniają moją głową do odbiornika radiowego. Mierzę wzrokiem wystrój, szereg kamer i sporych rozmiarów ekran- podgląd relacji Live.

Pozory rozluźnienia powoli odchodzą w zapomnienie.

Damn it!

Gdy rozbłyśnie czerwona lampka, skończy się prawdopodobnie rozdział mojego życia… zatytułowany: Godność. Język schowa się do gardła, a przyrodzenie z powrotem do skorupy. Jak w przypadku żółwia.


Spotkałem się kiedyś z przypadkiem profesora, który miał udzielić wywiadu dla jakiejś prowincjonalnej TV.

Doktor rehabilitowany z podejrzeniem wodogłowia i zaniku mięśnia wzwodowego nie chciał mówić na temat zadłużenia publicznego lub inflacji, ponieważ ekipa telewizyjna zjawiła się w wyznaczonym miejscu bez hordy ludzi odpowiedzialnych za wizerunek medialny. Pojawił się problem. Naukowiec z przerośniętym ego zażądał makijażu i kategorycznie odmówił występu przed kamerą, dopóki pani przedszkolanka nie przypudruje mu noska. Ostatecznie zamknął się w sobie… i chyba uciekł przez okno.

Zapamiętałem go również z innego powodu. Wypowiedział znamienne słowa, które wg mnie zamknęły w pigułce wartość polskiej edukacji. I jednocześnie przelały czarę goryczy mojego zniesmaczenia instytucją studiów.

– Od 20 lat wykładam… (W tym miejscu podał dziedzinę naukową Ekonomii- zdaje się, że wnioskowanie statystyczne.) Nie widzę w tym żadnego sensu.


Wróćmy jednak przed obiektyw.

Większość (nie mówię o starych wyjadaczach) reaguje zwykle potliwością dłoni, sraczką lub przyspieszoną akcją serca. Przy mojej nerwicy miałbym nie lada problem, by utrzymać je w ryzach. Zawał murowany. I reanimacja z dopingiem kilkuset tysięcy osób przed telewizorami. Pozostaje jedynie nadzieja, że nigdy nie będę uczestnikiem programu w towarzystwie Anny Grodzkiej. Istnieje bowiem groźne ryzyko, że osobiście podjęłaby się romantycznej akcji usta- usta.

Damn it!

To- niestety– przykra prawda. Los obdarowuje wyciągających dłonie, owszem, ale w zwichnięty nieco sposób. Na pewno nie w taki, który zakłada uprzednio poukładany w głowie scenariusz.

Gdy proszę o sławę, roznegliżowany odzyskuję przytomność w centrum miasta.

Gdy promuję bloga, notuję najwięcej wyświetleń w artykule, który zupełnie nie sprzyja reklamowaniu. Ewentualnie tam, gdzie tekstu tyle, ile kot napłakał. Wyłącznie obrazkowy przekaz i kilka słów wyjaśnienia w tle. Damn it!

Idę o zakład, że gdyby życie przyjęło postać fizyczną- mogłoby łudząco przypominać Eddiego Murphy’ego. Ew. Waldemara Kiepskiego. Jajcarską odsłonę show biznesu.


Podczas wywiadu lub publicystycznej pogadanki stwarzam iluzję oświeconego mnicha, czyli… przypominam- nie przymierzając- predatora bez hełmu. Dodatkowo z downem. (Broń Boże, nie chcę obrazić osób dotkniętych syndromem downa.) Jąkam się, mówię równoważnikami i- co chwilę- głupkowato się uśmiecham. Tymczasem redaktor nie pozostawia na mnie suchej nitki. (Jak Kuba Wojewódzki nie oszczędził zestresowanej piosenkarki Moniki Lewczuk.) Sprawia wrażenie Lucky Luke’a po amfetaminie. W zadawaniu pytań jest szybszy od własnego cienia. Dlatego nigdy nie pozwolę ukręcić sobie łba. Nie sztuka porwać się z motyką na słońce. Sukces medialny zdobywa się małymi kroczkami. Rzymu nie zbudowano przecież w 1 dzień. Chyba że budowali go Chińczycy.

Niedożywiony intelektualnie- Oscar Tramp.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *