Na narty do Adama Małysza

W poprzednim odcinku:

Dragon ball- sytuacje, które miażdżą jądra

– Witam. Chciałbym wynająć apartament w pańskim pensjonacie.

– Narty, góry, czy libacja?

– Chciałbym skoczyć z Wielkiej Krokwi.

– … czyli wariant trzeci.

Wybór miejsca wypoczynku nie ma znaczenia. Mimo to wyszedłem z założenia, że wybiorę polski akcent. (Nie, nie mam na myśli Zenka Martyniuka.) Dostaję drgawek na myśl, że mógłbym wykłócać się z bliżej nieokreślonym Adolfem o miejsce w kolejce do wyciągu. Ewentualnie rywalizować o względy Natalie z wysportowanym Włochem o imieniu Alessandro.

Nie muszę za wszelką cenę udowadniać, że urodziłem się ze srebrną łyżeczką w dupie. Nie. Mógłbym wybrać Szwajcarię. Jeść spleśniały ser i pić kawę- w cenie wołającej o pomstę do nieba. Po to tylko, by wstawić urocze zdjęcia ze sztucznym uśmiechem i posiniaczonym tyłkiem. Udekorowane dodatkowo hasztagiem kingoftheworld.

zima-5

Zaoszczędzony bilon lepiej spożytkować w granicach kraju i rozsądku. Tanio kupić- o ile to możliwe- sprzęt sportowy oraz wyposażyć się w alkoholowy prowiant.

Jak już wspomniałem- wybór ośrodka nie ma znaczenia. We wszystkich pełno bliźniaczo podobnych domków z drewna. I bliźniaczo podchmielonych osobników. O męskim i twardym imieniu- Ryszard. Alternatywnej wersji ojca rodziny ze Świata według Ludwiczka. Wyglądem przypomina rozwścieczonego borsuka. Jakby dopiero co wynurzył się ze studzienki kanalizacyjnej z tamponem w dłoni. I przywodzi trochę na myśl Ebenezera Scrooge’a z Opowieści Wigilijnej, sprzed odwiedzin Boba Marleya i świątecznych duchów.

– Bob, daj się sztachnąć…

Rysiu wścieka się pod byle pretekstem. Bo drogi alkohol. Bo mógł wylegiwać się przed telewizorem. Bo dzieci męczą, że chcą na stok. Bo znudzona żona flirtuje z instruktorem…

… Muskularną wersją Orła z Wisły, który prawdopodobnie cierpi na impotencję. Ale hipnotyzuje spojrzeniem Edwarda ze Zmierzchu i zachwyca kośćmi policzkowymi. Ostrymi do tego stopnia, że z powodzeniem przeciąłby nimi metal.

Zakopiańskie ośrodki mają jeszcze jedną zaletę.

W tej chwili za Chiny Ludowe nie przypomnę sobie tej zalety.


W barze podczas wieczornego chillout’ u:

– Marlboro Light.

– 22 zł.

– Ile?!

– 6 zł doliczyłam za otwarcie paczki.

– Dziękuję za bezinteresowność… To miłe. Jak spacer w kąpielówkach po zamarzniętym jeziorze.


zima-3

 Piłeś, nie jedź

Wszędzie można się natknąć na alpejskie dziwolągi w zakresie mody, które zjeżdżają ze stoku w kasku i pod krawatem. Brakuje im jedynie laptopa i w ustach odpalonego papierosa.

Nikt przecież nie będzie dyktował warunków planu filmowego: Oszukać przeznaczenie. Cz. 8. Jeśli chcę zjeżdżać w kąpielówkach i czapce uszatce, to mój wybór. I ból w moich plecach. Nogach. Głowie. I- co najbardziej prawdopodobne- w obrębie klejnotów. Najwyżej zafunduję sobie później solidną terapię szokową. U tajskiej masażystki. Po godzinnym spacerniaku wzdłuż kręgosłupa, weźmie interes w swoje ręce. I wtedy dopiero zacznie się prawdziwy wypoczynek.

Obama… tfu… Obawa przed losem Schumachera spędza sen z powiek, więc z dwojga złego lepiej wyglądać, jak astronauta z Bronxu. Ewentualnie plemnik z zaburzonym polem widzenia.

Idę o zakład, że Michael w nieco innym świetle wyobrażał sobie sportową emeryturę. Na pewno nie w przygnębiającej wersji zużytego Terminatora, który kontakt ze światem zawdzięcza wyłącznie drganiom powieki. Gwałci ją regularnie, by dać pielęgniarkom sygnał, że już pora podstawić kaczuszkę.

To prawdziwa ironia losu. Tysiące razy podejmował ryzyko w bolidzie F1, gdy śladem Ghost Ridera wyrywał asfalt z podłoża. Tymczasem stracił kontrolę nad ciałem podczas dzikiego zjazdu stokiem narciarskim. Cały czas balansował na krawędzi. Grał va banque. W końcu życie odpłaciło tym samym. I wyruchało go w dupę. Brzmi nieco drastycznie, zgoda, ale czasy wydelikacenia dawno minęły. To nie kolejna sztuka Szekspira, w której Romeo umiera z poezją na ustach.

Za dreszczyk emocji ludzie licytują zdrowie. Nie ma nic złego w uzależnieniu od naturalnej adrenaliny. Lepiej stymulować się w ekstremalnych sytuacjach, niż serwować na srebrnej tacy koktajl z metaamfetaminy i potrójnej porcji hormonu wzrostu.

Kontuzje się zdarzają. To prawda. Organizm ludzki nie posiada zdolności błyskawicznej autoregeneracji i zużywa się. Jak kondon. Prawdopodobnie znajdziesz niejedną okazję, by wybić sobie reprezentatywne ząbki. Te dwa z przodu. Wtedy pozostanie wyłącznie opcja wstawienia sztucznych. Śnieżnobiałych i wyrwanych nieco z kontekstu. Podczas wizyty w gabinecie lekarskim natkniesz się pewnie na Ryszarda z nieludzko wbitym kijkiem narciarskim prosto w odbyt.

Może wówczas lekarz pokiwa ze zrozumieniem głową i zetrze opakowanie Acodinu.

To jeszcze nie wszystko.

malysz-2

Na Małysza…

Zawsze istnieje szansa, że między skocznią, a nartostradą natkniesz się na Adama Małysza. Fenomen z wąsami. (Nie mówię o Bronisławie Komorowskim.) Poczęstujesz go wtedy bananem i prośbą o pamiętkowe zdjęcie. Tak swoją drogą. Małysz w pewnym sensie zdetronizował orła z polskiego godła, wyrywając w sporcie tyle, co Jerzy Waszyngton w rzemiośle wojennym. Pomimo skoku do historii… w ludzkiej pamięci utrwalił się bardziej nazwą pozycji do oddawania efektów przemiany materii. Zwłaszcza w miejscach, gdzie warunki sanitarne nie pozwalają na swobodnę posiadówkę.

To zakrawa o groteskę.

Ostatecznie nie oddałem skoku z Wielkiej Krokwi. To chyba wcale nie dziwi. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że próbowałem. I kombinezon narciarski wylądował w pralni. Z bardzo nieprzyzwoitą plamą… ze strachu.

Niedożywiony intelektualnie- Oscar Tramp.

4 przemyślenia nt. „Na narty do Adama Małysza

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *